WYDANIE 03 · WRZESIEŃ 2026
← POWRÓT
Ahsoka Anakin/Skywalker
dominic-mclaughlin w serialu harry potter / hbo max
Widzę wartość w zatrudnianiu ludzi, którzy naprawdę żyją danym uniwersum. Mogłoby się to sprawdzić przy konkretnych zadaniach - np. przy wyłapywaniu błędów logicznych w uniwersum, jakichś niekonsekwencji itd. Uważam, że fan może być ekspertem od tego, co już istnieje, ale niekoniecznie od tego, co powinno powstać. Ten element pozostawiłbym jednak ludziom, którzy poświęcili swoje życia na pisanie historii
- ocenia Kamil Goławski
Uważam, że fandomy nie stały się nagle toksyczne przez media społecznościowe. Dały im one jednak możliwość wygłaszania swojego zdania i możliwość organizacji. W ten sposób wzmocniły toksyczne zachowania w fandomach. Warto też pamiętać o tym, że hejt w internecie jest dużo bardziej widoczny niż pozytywny przekaz. Ale nie dlatego, że pozytywnych ludzi jest mniej, tylko dlatego, że złe emocje są silniejsze, przez co ludzie chętniej wygłaszają je w komentarzach.
- mówi Kamil Goławski.
Jedną z największych zalet jest przedłużenie życia danego dzieła. Film, serial czy gra nie kończą się w momencie napisów końcowych. Ludzie tworzą nie tylko teorie, ale czasem też własne kontynuacje lub używają podstaw jakiegoś dzieła, żeby stworzyć własne. Tak było np. w przypadku Skyrima; na bazie i silniku tej gry powstała kolejna świetna gra Enderal.
- ocenia Kamil
FOTOSY Z SERIALU „RÓD SMOKA”/HBO MAX
FOTOSY Z SERIALU „WEDNESDAY”/NETFLIX
GRA O TON/HBO max
KAMIL GOŁAWSKI
Kultura fandomów jest zatem zjawiskiem problematycznym na różnych płaszczyznach, z jej powszechną toksycznością na czele. Zapytałam Kamila, czy jego zdaniem istnieje jakieś remedium na narastające złe nastroje - bo rada "po prostu kręćcie dobre filmy i seriale" raczej na niewiele się zdaje.
Mam wrażenie, że to się szybko nie zmieni, dlatego że to bierze się trochę z tego, jak działa dziś internet. Tworzenie materiałów, które bazują na krytyce i oburzeniu ma dużo większe szanse na to, żeby wbić się w łaski algorytmu. Skrajność sprzedaje się bardzo dobrze, dlatego że pod takim postem zbierze się zarówno społeczność popierająca atak, jak i obrońcy - i tak tworzy się wojna komentarzy.
Znacznie lepiej poniesie się komunikat w stylu "oni totalnie zniszczyli tę markę" niż merytoryczna krytyka i to widać po tym, jakie filmy mają największe zasięgi w internecie. Mam jednak nadzieję, że takie zachowanie jest tylko elementem epoki i niedługo więcej ludzi zrozumie, że nie wszystko musi im się podobać, że nie wszystko jest skierowane do nich i że wcale nie jest to powód, żeby oceniać ludzi, którzy myślą inaczej - skwitował.
Realia nie napawają jednak optymizmem. Ira Parker, showrunner "Rycerza Siedmiu Królestw", przyznał mi w wywiadzie, że boi się starcia z fanami książek George'a R. R. Martina. Twórcy "Gry o tron" zrezygnowali z projektu z uniwersum "Gwiezdnych wojen", gdyż po tym, co zgotowali im miłośnicy GOT, nie byli gotowi na starcie z "tak toksycznym fandomem". Producenci "Szybkich i wściekłych" ugięli się zaś pod presją ze strony fanów i ich akcji #JusticeForHan, w wyniku czego przywrócili do życia zmarłą postać. Wszystko w imię zadowolenia fandomu. Gdzie zatem leży ta granica, której twórcy nie powinni przekraczać?
Najbardziej niebezpieczna byłaby dla mnie sytuacja, w której twórcy zaczęliby podejmować decyzje ze strachu - np. nie uśmiercimy tej postaci, bo fani się wściekną. Gdyby tak mieli działać, to żaden serial nie skończyłby się śmiercią głównego bohatera, a czasem te postacie podążają taką ścieżką, że to musi się tak skończyć.
Dlatego bardzo podoba mi się podejście George'a R.R. Martina. Oczywiście stało się już trochę memem, że bezlitośnie uśmierca swoich bohaterów, ale właśnie dzięki temu jego historie przez lata były tak nieprzewidywalne. Martin nie daje postaci immunitetu tylko dlatego, że jest ulubieńcem czytelników i dzięki temu to jest tak ciekawe - komentuje Kamil.
- zauważa Grafoman_tv, podkreślając przy tym, że nie powinniśmy postrzegać tego zjawiska w sposób aż tak fatalistyczny. "Nie uważam jednak, żeby to zjawisko samo w sobie było czymś złym. W dużej mierze jest to po prostu dostosowanie marketingu do współczesnych realiów. Sam zauważam to szczególnie jako fan horroru i kina gore. Mam wrażenie, że w ostatnich latach pojawia się znacznie więcej produkcji z tych gatunków i nieraz przechodziło mi przez myśl, że częściowo może wynikać to właśnie z tego mechanizmu. Horror bardzo łatwo może stać się takim marketingowym 'samograjem'. Wystarczy, że wokół filmu zaczyna działać hasło 'Najbrutalniejszy film roku', 'Ludzie wychodzą z seansu' albo 'Tego jeszcze w kinie nie pokazano' i produkcja właściwie zaczyna reklamować się sama, bo ludzie chcą sprawdzać, ile w tym prawdy".
Co zatem z tą apokalipsą popkultury, jaką znamy? Będzie czy nie będzie? Zdaniem Kamila wszystko zależy od tego, ile zdrowego rozsądku zachowają osoby odpowiedzialne za jej wytwory: "Sam udział fandomów w promocji nie wydaję mi się niczym złym. Gorzej, jeśli studia zaczną tworzyć filmy tak, żeby jak najbardziej przypodobać się fanom. Ile już razy było tak, że tysiące czy nawet miliony głosów w internecie wyrażały oburzenie jakimś pomysłem twórców, a finalnie okazywało się, że był to bardzo dobry kierunek? Fandom nie zawsze wie, czego naprawdę chce, dopóki tego nie zobaczy. Jako ludzie boimy się zmian, dlatego głos fanów nie zawsze będzie dobrym wskaźnikiem".
W tym miejscu należy przypomnieć niesławny pomysł, który przed kilkoma laty obiegł branżowe media - aby wielkie studia i platformy streamingowe zaczęły zatrudniać fanów w roli konsultantów przy tworzeniu kolejnych odsłon popularnych franczyz. To, zdaniem mojego rozmówcy, również nie musi być czymś z gruntu złym, o ile zachowana zostanie odpowiednia równowaga.
Nie ulega wątpliwości, że dystrybutorzy i platformy streamingowe mogą wypromować dany film lub serial, jednak to właśnie fandom, tudzież jego brak, w dużej mierze decyduje o tym, czy dany tytuł stanie się popkulturowym fenomenem. Weźmy choćby taką "Wednesday" - serial, który okazał się jednym z największych hitów Netflixa, wyprzedzając nawet "Stranger Things", bo poniósł się viralem na TikToku. Jednak, czy to oznacza, że dożyliśmy czasów, w których to właśnie fandomy dyktują warunki, a tradycyjny marketing powoli odchodzi do lamusa?
Myślę, że dzisiaj sam tradycyjny marketing może jeszcze zapewnić filmowi czy serialowi dobry start, ale do prawdziwego fenomenu popkulturowego fandom jest niezbędny. Stanie się viralem w mediach społecznościowych sprawia, że jakiś produkt dostaje darmową promocję - ludzie zaczynają tworzyć memy, montaże, teorie i tak dalej. Jestem przekonany, że wytwórnie są tego świadome i chętniej biorą na tapet produkcje z potencjałem na stanie się viralem. To jest widoczne nie tylko w filmach czy serialach - można odnieść wrażenie, że nawet branża muzyczna poszła w tę stronę, tworząc hity pod trend.
Każdy kij ma dwa końce i tak samo kultura fandomów posiada zarówno wady, jak i zalety. Pierwsza grupa zdaje się być zjawiskiem uniwersalnym w każdej tego typu społeczności. "Największa wada pojawia się wtedy, kiedy ta wspólnota zaczyna traktować dzieło zbyt poważnie i przede wszystkim zbyt osobiście. Wtedy często efektem jest spirala nienawiści skierowana w stronę osób, które według nich nie są prawdziwymi fanami. Czasem mam wrażenie, że wraz z ogromnym przywiązaniem do jakiegoś uniwersum pojawia się również poczucie własności: 'Jestem fanem od dwudziestu lat, więc wiem, czym to powinno być'. I wtedy każda odmienna interpretacja - zarówno ze strony innych fanów, jak i samych twórców - zaczyna być odbierana niemal jak osobisty atak. A prawda jest taka, że niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy z danym dziełem emocjonalnie związani, ono nigdy nie staje się naszą własnością" - twierdzi mój rozmówca. A jak jest z zaletami? Tu największe profity zbierają przede wszystkim producenci.
Choć to fani "Gwiezdnych wojen" od lat uchodzą za najbardziej "odklejonych" i toksycznych, miłośnicy pióra George R. R. Martina rzucili im ostatnio rękawice i od debiutu "Rodu smoka" zawzięcie walczą o to mało zaszczytne miejsce na szczycie podium. Podsyca to zresztą samo HBO i mało kto przy tym pamięta, że prezentowana przez nich postawa stoi w kompletnej sprzeczności z tym, co chciał przekazać nam autor - rozmijanie się z wartościami płynącymi z (rzekomo) wielbione przez nich dzieło to jedna z wielu chorób trawiących niemal każdy fandom.
Nie wiem, czy można powiedzieć, że fandom Martina przebił fandom "Gwiezdnych wojen". Natomiast jeśli chodzi o "Ród smoka", nie sposób nie zauważyć, że "plemienność" i wybór frakcji to element tego serialu. Ludzie nie tylko mają ulubionych bohaterów, ale deklarują się jako Team Black albo Team Green (HBO wypuściło nawet dwa zwiastuny skierowane do fanów różnych frakcji) i zaczynają oceniać innych fanów przez pryzmat tego wyboru. I to jest akurat zabawne, bo sama historia serialu opowiada przecież o tym, do jakich złych skutków doprowadza skrajne opowiadanie się po jednej ze stron. Natomiast fandom "Star Warsów" ze względu na swoje lata na rynku też ma bardzo dużo udokumentowanych dziwnych akcji fanów. Dlatego jeśli musiałbym wybierać, to ci drudzy dalej zajmowaliby swoje legendarne miejsce w tym niechlubnym rankingu - ocenia twórca internetowy, znany jako Grafoman_tv.
A czy istnieje coś takiego jak nietoksyczny fandom? Mój rozmówca otwarcie przyznaje, że nie, aczkolwiek nie każda grupa jest aż tak radykalna, jak te wspomniane powyżej. "Przy dużej społeczności zawsze znajdzie się osoba wygłaszająca, kto tak naprawdę jest prawdziwym fanem i dlaczego akurat ona ma rację. Są fandomy znacznie mniej toksyczne, ale świętych raczej nigdy nie znajdziemy. Jest jednak dużo fandomów, w których toksyczne zachowania są na tyle marginalne, że nie definiują całej grupy" - zauważa Kamil Goławski, jednocześnie podkreślając, że gracze to zupełnie inny rodzaj fandomów niż te oscylujące wokół filmów i seriali.
Mam też pewną obserwację, wynikającą z tego, że na bieżąco śledzę zarówno kino i seriale, jak i gry. Otóż moim zdaniem fandomy związane z grami wydają mi się mniej toksyczne niż fandomy filmowe czy serialowe. Nie jest to żelazna reguła, ale odnoszę wrażenie, że gracze częściej debatują o jakości produktu - o mechanice czy optymalizacji. Rzadziej dochodzi tam do sytuacji, w której to, czy lubisz konkretną postać definiuje to, jaką jesteś osobą.
Ale czy na pewno? I czy fandomy przejmą kiedyś władzę na wytwórniami i streamingami, prowadząc do apokalipsy popkultury, jaką dziś znamy? O tym opowiada nam Kamil Goławski, twórca internetowy i laureat nagrody "Entertaiment Creator of the Year" w pierwszej polskiej edycji plebiscytu TikTok Awards, który pod nazwą Grafoman_tv opowiada o filmach, serialach i grach.
W 2026 roku na dźwięk słowa "fandom" zaczynamy reagować coraz bardziej nerwowo. To, co obecnie dzieje się wokół "Rodu smoka", "Harry'ego Pottera", "The Last of Us" i największych popkulturowych franczyz, to bowiem w pierwszej kolejności krzyki, pyskówki, pretensje i obrzucanie błotem siebie nawzajem, a także twórców oraz aktorów, dopiero w drugiej jakkolwiek konstruktywna dyskusja na dany temat. Ale czy media społecznościowe to w istocie woda na młyn toksyczności fandomów, czy może platforma, która wreszcie pokazała nam ich prawdziwe oblicze?
WYWIAD
Kultura fandomów nie jest żadnym novum - zjawisko aktywnych społeczności, które nie tylko konsumują dane dzieła, ale i tworzą w związku z nimi własne treści, sięga nawet XIX wieku, niemniej to rozwój mediów społecznościowych przyczynił się do faktu, iż "wymknęła się ona spod kontroli".
Natalia Nowecka
01.09.2026
★ CZYTAJ DALEJ
REDAKCJA
© 2026 ESKA STORY
ESKA STORY · CYFROWY MAGAZYN ESKA.pl
Karol Gruszka, Karina Mozolewska, Piotr Dąbrowski, Paweł Wypych, Dominika Łapińska, Krzysztof Dąbrowski, Tomasz Pietrzyk, Mateusz Reska, Alicja Nochowicz, Maksymilian Kluziewicz, Adrian Rybak, Paula Dąbrowska, Karolina Piątkowska, Natalia Nowecka, Julita Buczek, Damian Bobrowski, Jakub Grzechowiak
WYDANIE 03 · WRZESIEŃ 2026
← POWRÓT
Kultura fandomów jest zatem zjawiskiem problematycznym na różnych płaszczyznach, z jej powszechną toksycznością na czele. Zapytałam Kamila, czy jego zdaniem istnieje jakieś remedium na narastające złe nastroje - bo rada "po prostu kręćcie dobre filmy i seriale" raczej na niewiele się zdaje.
Mam wrażenie, że to się szybko nie zmieni, dlatego że to bierze się trochę z tego, jak działa dziś internet. Tworzenie materiałów, które bazują na krytyce i oburzeniu ma dużo większe szanse na to, żeby wbić się w łaski algorytmu. Skrajność sprzedaje się bardzo dobrze, dlatego że pod takim postem zbierze się zarówno społeczność popierająca atak, jak i obrońcy - i tak tworzy się wojna komentarzy.
Znacznie lepiej poniesie się komunikat w stylu "oni totalnie zniszczyli tę markę" niż merytoryczna krytyka i to widać po tym, jakie filmy mają największe zasięgi w internecie. Mam jednak nadzieję, że takie zachowanie jest tylko elementem epoki i niedługo więcej ludzi zrozumie, że nie wszystko musi im się podobać, że nie wszystko jest skierowane do nich i że wcale nie jest to powód, żeby oceniać ludzi, którzy myślą inaczej - skwitował.
Ahsoka Anakin/Skywalker
Uważam, że fandomy nie stały się nagle toksyczne przez media społecznościowe. Dały im one jednak możliwość wygłaszania swojego zdania i możliwość organizacji. W ten sposób wzmocniły toksyczne zachowania w fandomach. Warto też pamiętać o tym, że hejt w internecie jest dużo bardziej widoczny niż pozytywny przekaz. Ale nie dlatego, że pozytywnych ludzi jest mniej, tylko dlatego, że złe emocje są silniejsze, przez co ludzie chętniej wygłaszają je w komentarzach.
- mówi Kamil Goławski.
Realia nie napawają jednak optymizmem. Ira Parker, showrunner "Rycerza Siedmiu Królestw", przyznał mi w wywiadzie, że boi się starcia z fanami książek George'a R. R. Martina. Twórcy "Gry o tron" zrezygnowali z projektu z uniwersum "Gwiezdnych wojen", gdyż po tym, co zgotowali im miłośnicy GOT, nie byli gotowi na starcie z "tak toksycznym fandomem". Producenci "Szybkich i wściekłych" ugięli się zaś pod presją ze strony fanów i ich akcji #JusticeForHan, w wyniku czego przywrócili do życia zmarłą postać. Wszystko w imię zadowolenia fandomu. Gdzie zatem leży ta granica, której twórcy nie powinni przekraczać?
Najbardziej niebezpieczna byłaby dla mnie sytuacja, w której twórcy zaczęliby podejmować decyzje ze strachu - np. nie uśmiercimy tej postaci, bo fani się wściekną. Gdyby tak mieli działać, to żaden serial nie skończyłby się śmiercią głównego bohatera, a czasem te postacie podążają taką ścieżką, że to musi się tak skończyć.
Dlatego bardzo podoba mi się podejście George'a R.R. Martina. Oczywiście stało się już trochę memem, że bezlitośnie uśmierca swoich bohaterów, ale właśnie dzięki temu jego historie przez lata były tak nieprzewidywalne. Martin nie daje postaci immunitetu tylko dlatego, że jest ulubieńcem czytelników i dzięki temu to jest tak ciekawe - komentuje Kamil.
- zauważa Grafoman_tv, podkreślając przy tym, że nie powinniśmy postrzegać tego zjawiska w sposób aż tak fatalistyczny. "Nie uważam jednak, żeby to zjawisko samo w sobie było czymś złym. W dużej mierze jest to po prostu dostosowanie marketingu do współczesnych realiów. Sam zauważam to szczególnie jako fan horroru i kina gore. Mam wrażenie, że w ostatnich latach pojawia się znacznie więcej produkcji z tych gatunków i nieraz przechodziło mi przez myśl, że częściowo może wynikać to właśnie z tego mechanizmu. Horror bardzo łatwo może stać się takim marketingowym 'samograjem'. Wystarczy, że wokół filmu zaczyna działać hasło 'Najbrutalniejszy film roku', 'Ludzie wychodzą z seansu' albo 'Tego jeszcze w kinie nie pokazano' i produkcja właściwie zaczyna reklamować się sama, bo ludzie chcą sprawdzać, ile w tym prawdy".
Co zatem z tą apokalipsą popkultury, jaką znamy? Będzie czy nie będzie? Zdaniem Kamila wszystko zależy od tego, ile zdrowego rozsądku zachowają osoby odpowiedzialne za jej wytwory: "Sam udział fandomów w promocji nie wydaję mi się niczym złym. Gorzej, jeśli studia zaczną tworzyć filmy tak, żeby jak najbardziej przypodobać się fanom. Ile już razy było tak, że tysiące czy nawet miliony głosów w internecie wyrażały oburzenie jakimś pomysłem twórców, a finalnie okazywało się, że był to bardzo dobry kierunek? Fandom nie zawsze wie, czego naprawdę chce, dopóki tego nie zobaczy. Jako ludzie boimy się zmian, dlatego głos fanów nie zawsze będzie dobrym wskaźnikiem".
W tym miejscu należy przypomnieć niesławny pomysł, który przed kilkoma laty obiegł branżowe media - aby wielkie studia i platformy streamingowe zaczęły zatrudniać fanów w roli konsultantów przy tworzeniu kolejnych odsłon popularnych franczyz. To, zdaniem mojego rozmówcy, również nie musi być czymś z gruntu złym, o ile zachowana zostanie odpowiednia równowaga.
FOTOSY Z SERIALU „RÓD SMOKA”/HBO MAX
Nie ulega wątpliwości, że dystrybutorzy i platformy streamingowe mogą wypromować dany film lub serial, jednak to właśnie fandom, tudzież jego brak, w dużej mierze decyduje o tym, czy dany tytuł stanie się popkulturowym fenomenem. Weźmy choćby taką "Wednesday" - serial, który okazał się jednym z największych hitów Netflixa, wyprzedzając nawet "Stranger Things", bo poniósł się viralem na TikToku. Jednak, czy to oznacza, że dożyliśmy czasów, w których to właśnie fandomy dyktują warunki, a tradycyjny marketing powoli odchodzi do lamusa?
Myślę, że dzisiaj sam tradycyjny marketing może jeszcze zapewnić filmowi czy serialowi dobry start, ale do prawdziwego fenomenu popkulturowego fandom jest niezbędny. Stanie się viralem w mediach społecznościowych sprawia, że jakiś produkt dostaje darmową promocję - ludzie zaczynają tworzyć memy, montaże, teorie i tak dalej. Jestem przekonany, że wytwórnie są tego świadome i chętniej biorą na tapet produkcje z potencjałem na stanie się viralem. To jest widoczne nie tylko w filmach czy serialach - można odnieść wrażenie, że nawet branża muzyczna poszła w tę stronę, tworząc hity pod trend.
Widzę wartość w zatrudnianiu ludzi, którzy naprawdę żyją danym uniwersum. Mogłoby się to sprawdzić przy konkretnych zadaniach - np. przy wyłapywaniu błędów logicznych w uniwersum, jakichś niekonsekwencji itd. Uważam, że fan może być ekspertem od tego, co już istnieje, ale niekoniecznie od tego, co powinno powstać. Ten element pozostawiłbym jednak ludziom, którzy poświęcili swoje życia na pisanie historii
- ocenia Kamil Goławski
dominic-mclaughlin w serialu harry potter / hbo max
Jedną z największych zalet jest przedłużenie życia danego dzieła. Film, serial czy gra nie kończą się w momencie napisów końcowych. Ludzie tworzą nie tylko teorie, ale czasem też własne kontynuacje lub używają podstaw jakiegoś dzieła, żeby stworzyć własne. Tak było np. w przypadku Skyrima; na bazie i silniku tej gry powstała kolejna świetna gra Enderal.
- ocenia Kamil
Każdy kij ma dwa końce i tak samo kultura fandomów posiada zarówno wady, jak i zalety. Pierwsza grupa zdaje się być zjawiskiem uniwersalnym w każdej tego typu społeczności. "Największa wada pojawia się wtedy, kiedy ta wspólnota zaczyna traktować dzieło zbyt poważnie i przede wszystkim zbyt osobiście. Wtedy często efektem jest spirala nienawiści skierowana w stronę osób, które według nich nie są prawdziwymi fanami. Czasem mam wrażenie, że wraz z ogromnym przywiązaniem do jakiegoś uniwersum pojawia się również poczucie własności: 'Jestem fanem od dwudziestu lat, więc wiem, czym to powinno być'. I wtedy każda odmienna interpretacja - zarówno ze strony innych fanów, jak i samych twórców - zaczyna być odbierana niemal jak osobisty atak. A prawda jest taka, że niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy z danym dziełem emocjonalnie związani, ono nigdy nie staje się naszą własnością" - twierdzi mój rozmówca. A jak jest z zaletami? Tu największe profity zbierają przede wszystkim producenci.
FOTOSY Z SERIALU „WEDNESDAY”/NETFLIX
Choć to fani "Gwiezdnych wojen" od lat uchodzą za najbardziej "odklejonych" i toksycznych, miłośnicy pióra George R. R. Martina rzucili im ostatnio rękawice i od debiutu "Rodu smoka" zawzięcie walczą o to mało zaszczytne miejsce na szczycie podium. Podsyca to zresztą samo HBO i mało kto przy tym pamięta, że prezentowana przez nich postawa stoi w kompletnej sprzeczności z tym, co chciał przekazać nam autor - rozmijanie się z wartościami płynącymi z (rzekomo) wielbione przez nich dzieło to jedna z wielu chorób trawiących niemal każdy fandom.
Nie wiem, czy można powiedzieć, że fandom Martina przebił fandom "Gwiezdnych wojen". Natomiast jeśli chodzi o "Ród smoka", nie sposób nie zauważyć, że "plemienność" i wybór frakcji to element tego serialu. Ludzie nie tylko mają ulubionych bohaterów, ale deklarują się jako Team Black albo Team Green (HBO wypuściło nawet dwa zwiastuny skierowane do fanów różnych frakcji) i zaczynają oceniać innych fanów przez pryzmat tego wyboru. I to jest akurat zabawne, bo sama historia serialu opowiada przecież o tym, do jakich złych skutków doprowadza skrajne opowiadanie się po jednej ze stron. Natomiast fandom "Star Warsów" ze względu na swoje lata na rynku też ma bardzo dużo udokumentowanych dziwnych akcji fanów. Dlatego jeśli musiałbym wybierać, to ci drudzy dalej zajmowaliby swoje legendarne miejsce w tym niechlubnym rankingu - ocenia twórca internetowy, znany jako Grafoman_tv.
A czy istnieje coś takiego jak nietoksyczny fandom? Mój rozmówca otwarcie przyznaje, że nie, aczkolwiek nie każda grupa jest aż tak radykalna, jak te wspomniane powyżej. "Przy dużej społeczności zawsze znajdzie się osoba wygłaszająca, kto tak naprawdę jest prawdziwym fanem i dlaczego akurat ona ma rację. Są fandomy znacznie mniej toksyczne, ale świętych raczej nigdy nie znajdziemy. Jest jednak dużo fandomów, w których toksyczne zachowania są na tyle marginalne, że nie definiują całej grupy" - zauważa Kamil Goławski, jednocześnie podkreślając, że gracze to zupełnie inny rodzaj fandomów niż te oscylujące wokół filmów i seriali.
Mam też pewną obserwację, wynikającą z tego, że na bieżąco śledzę zarówno kino i seriale, jak i gry. Otóż moim zdaniem fandomy związane z grami wydają mi się mniej toksyczne niż fandomy filmowe czy serialowe. Nie jest to żelazna reguła, ale odnoszę wrażenie, że gracze częściej debatują o jakości produktu - o mechanice czy optymalizacji. Rzadziej dochodzi tam do sytuacji, w której to, czy lubisz konkretną postać definiuje to, jaką jesteś osobą.
KAMIL GOŁAWSKI
Ale czy na pewno? I czy fandomy przejmą kiedyś władzę na wytwórniami i streamingami, prowadząc do apokalipsy popkultury, jaką dziś znamy? O tym opowiada nam Kamil Goławski, twórca internetowy i laureat nagrody "Entertaiment Creator of the Year" w pierwszej polskiej edycji plebiscytu TikTok Awards, który pod nazwą Grafoman_tv opowiada o filmach, serialach i grach.
W 2026 roku na dźwięk słowa "fandom" zaczynamy reagować coraz bardziej nerwowo. To, co obecnie dzieje się wokół "Rodu smoka", "Harry'ego Pottera", "The Last of Us" i największych popkulturowych franczyz, to bowiem w pierwszej kolejności krzyki, pyskówki, pretensje i obrzucanie błotem siebie nawzajem, a także twórców oraz aktorów, dopiero w drugiej jakkolwiek konstruktywna dyskusja na dany temat. Ale czy media społecznościowe to w istocie woda na młyn toksyczności fandomów, czy może platforma, która wreszcie pokazała nam ich prawdziwe oblicze?
WYWIAD
Kultura fandomów nie jest żadnym novum - zjawisko aktywnych społeczności, które nie tylko konsumują dane dzieła, ale i tworzą w związku z nimi własne treści, sięga nawet XIX wieku, niemniej to rozwój mediów społecznościowych przyczynił się do faktu, iż "wymknęła się ona spod kontroli".
Natalia Nowecka
01.09.2026
★ CZYTAJ DALEJ
Karol Gruszka, Karina Mozolewska, Piotr Dąbrowski, Paweł Wypych, Dominika Łapińska, Krzysztof Dąbrowski, Tomasz Pietrzyk, Mateusz Reska, Alicja Nochowicz, Maksymilian Kluziewicz, Adrian Rybak, Paula Dąbrowska, Karolina Piątkowska, Natalia Nowecka, Julita Buczek, Damian Bobrowski, Jakub Grzechowiak
© 2026 ESKA STORY
ESKA STORY · CYFROWY MAGAZYN ESKA.pl
REDAKCJA